Bujna roślinność nie sprzyja wędkowaniu. Ale czy na pewno? Co prawda ciągła walka z zaroślami, korzeniami bywa męcząca. Może się jednak zdarzyć, że natura odwdzięczy Ci się we wspaniały sposób. Zapoznaj się z moim krótkim felietonem o łowieniu w zaroślach, a być może sam zaczniesz poszukiwać tak trudno dostępnych miejsc.



W ostatni weekend, po całym tygodniu ciężkiej pracy postanowiłem się zrelaksować. Nie znam lepszej ku temu okazji niż wyjazd na ryby. Długo nie myślałem – spakowałem tobołek i jazda! Jako, że nie jestem zwolennikiem noszenia na plecach połowy sklepu wędkarskiego wybrałem tylko to, co uważałem za niezbędne. Dodatkowo zapakowałem kilka gumek i woblerów na zmianę – łowić miałem na rzece, która nie jest bardzo przyjazna w stosunku do wędkarzy – spodziewał się sporej ilości zaczepów, zerwań… generalnie miało być walczenie i z dreszczykiem emocji.

 

Łowienie w zaroślach

 

Po dojechaniu na miejsce i zlokalizowaniu najbardziej niedostępnych miejsc rozpocząłem obławianie. Początkowo udałem się na mały pomost (dużo powiedziane) i tam porzucałem trochę z wykorzystaniem gumek. Później kilkanaście zarzutów z brzegu… nic. Co prawda było kilka szarpnięć, lecz były to wyłącznie miejscowe, dobrze ukorzenione zarośla.

 

Postanowiłem wdrożyć plan B, który polegał na przyodzianiu woderów i spenetrowaniu przynajmniej kilku metrów rzeki. Jak się później okazało wcale nie było to takie trudne i  poruszałem się po rzece bez większego trudu. Myślałem, że dno będzie bardzo muliste – zamiast mułu zalegało w nim dużo roślinności, która jednak ułatwiała stawianie kolejnych kroków. Mój kij tym razem został wyposażony w coblery. Kilka pierwszych rzutów – cisza, idę dalej. Kilka rzutów, idę dalej. Być może nie jest to idealna metoda, ale w „czymś takim” jeszcze nie łowiłem, nie wiedziałem czego się spodziewać. Po kilku okrążeniach ostatecznie przystanąłem na jednym, wybranym miejscu i dłuższą chwilę próbowałem swoich sił używając woblerów i wahadłówek. Te ostatnie okazały się skuteczne, bowiem stosunkowo szybko od ich wykorzystania udało mi się złapać pierwszego szczupaka.

 

Powiem szczerze, że namachałem się sporo, a zwijanie zestawu nie należało do najprzyjemniejszych. Liczne zaczepy powodowały, że dosłownie co kilkadziesiąt centymetrów musiałem się mocno gimnastykować, aby mój zestaw wrócił do mnie cały. Opłacało się – 7 małych szczupaków w jeden dzień to chyba niezły wynik? Wszystkie wróciły do wody, do swojego szczelnie porośniętego środowiska. Mam nadzieję, że jeszcze je kiedyś zobaczę.

 

źródło zdjęcia: flickr.com/photos/chr1sp/4046876531/


mariusz, 31-05-2011, odsłon: 3196
Komentarze
gudaniecjan27 (0)
(23-06-2011, 01:04:01)
Gratuluję. Ja wędkuję dopiero od trzech lat,jak zostałem emerytem.Jestem/zielony/w tym temacie i z uwagą czytam wszystkie porady i podpowiedzi.
ramirez19 (0)
(27-06-2011, 01:48:01)
Zaczepy skąd, ja to znam :) taka bujna roślinność zmora mojego przed wczorajszego dnia, ale nie było tragedii 2 razy było na amen i musiałem dać za wygraną.
leszczak (0)
(06-10-2011, 21:55:20)
is good, uwarzam że taki połów w trudnych warunkach sprawia więcej satysfakcji, niz posiedzenie na głuchej od fali kładce otoczonej tylko piachem i kamieniami, za roslinność i trofea daje 10/10.




» Wróć do poprzedniej strony